Piotr Wierzbowski liked this
Trafiłem na najbardziej bezczelny przykład normalizowania alkoholu.
W głowie mi się nie mieści, że takie rzeczy są w ogóle legalne.
I że ktoś może się pod czymś takim podpisać i jeszcze być z tego dumny.
Poniżej na zdjęciu widzicie Dyrektor Marketingu Carlsberga.
(z przyzwoitości zakryłem twarz, choć post jest publiczny)
W każdym razie na zdjęciu i w poście na Linkedin Pani się bardzo cieszy, bo jej zespół wymyślił taką „świetną” kampanię.
Na festiwalu każdy mógł zrobić sobie zdjęcie, a chwilę później zobaczyć swoją twarz w prawdziwej reklamie piwa tej marki wyświetlanej w centrum miasta.
W poście czytamy, że to taki doskonały pomysł, bo każdy może wystąpić w reklamie.
I że to przykład tego, jak „mocny pomysł może wywrzeć większy wpływ niż potężny budżet mediowy”.
Z tym „wpływem” to się zgadzam.
Skala szkód jakie wyrządzają akcje normalizujące alkohol przechodzi ludzkie pojęcie.
To jest tworzenie w nas przekonania, że alkohol jest wszędzie i że zawsze musi być częścią dobrej zabawy:
– na festiwalu
– jako element wakacji
– podczas spotkania ze znajomymi
– uśmiechy na twarzach
– muzyka, impreza
– wolność
– relaks
Tylko że prawdziwe „obrazki” związane z alkoholem wyglądają zupełnie inaczej.
❌ Strach dziecka, kiedy rodzic wraca pijany
❌ Płacz partnera po kolejnej awanturze
❌ Przemoc wobec najbliższych
❌ Wstyd następnego dnia
❌ Rozpad rodziny
❌ Utrata pracy
❌ Samotność
❌ Smutek
Tego oczywiście w reklamie nigdy nie zobaczymy.
Bo trudno byłoby sprzedać piwo, pokazując prawdziwą cenę jego nadużywania.
W tej akcji na maksa wkurza mnie jeszcze jej bezczelność.
Bo przecież to jest skrojone pod darmową promocję w social mediach, bez żadnych ograniczeń regulacyjnych i bez ponoszenia żadnej odpowiedzialności prawnej.
Cała akcja obliczona jest na to, że ludzie będą robić sobie zdjęcia, wrzucać je na swoje profile, oznaczać znajomych, udostępniać… a razem ze swoim zdjęciem pokażą tysiącom osób reklamę alkoholu.
Marka zaprojektowała mechanizm, w którym kolejne osoby same stają się nośnikiem komunikacji.
Czyli osiąga dokładnie to, czego chce – promocję piwa i zasięg – tylko że nie ponosi żadnych kosztów, nie musi przestrzegać przepisów i umywa ręce od konsekwencji.
Tak, zapłacili za billboard w Poznaniu.
Ale zasięg online jest już zupełnie za darmo.
I przecież to nie są posty marki, więc nie podlegają ograniczeniom prawnym.
Jak komuś się np. nie będą podobać brzydkie czerwone literki na górze, to sobie przecież przytnie zdjęcie 🤷 a kto się najbardziej ucieszy, że zniknął fragment z ostrzeżeniem?
Nie znam wyników, więc nie wiem, czy ta akcja okazała się dla marki sukcesem.
Ale wiem jedno – to pokazuje, że przepisy ograniczające reklamę alkoholu kompletnie nie nadążają za tym, jak działa dzisiejszy marketing, a w związku z tym marki prześcigają się, jak daleko można się jeszcze posunąć w imię zysku.
Co następne?
Gdzie jest granica?