Pozostało nam sześć lat do energetycznej katastrofy – uważa Michał Sołowow. Najbogatszy Polak przestrzega, że do tego czasu ubędą nam 2 gigawaty stabilnej mocy w podstawie energetycznej kraju. – OZE nie jest żadnym rozwiązaniem. OZE jest złe jako profesjonalna energetyka – uważa biznesmen.
Spis treści
6 lat do katastrofy energetycznej. Polsce ubędzie 7 proc. stabilnej energii
Michał Sołowow w trakcie Kongresu Polskiej Gospodarki podkreślał, że kapitał nie ma narodowości. Dla niego liczy się przede wszystkim rentowność i zwrot z inwestycji.
To oznacza, że jeśli chcielibyśmy podnieść poziom inwestycji prywatnych, które w Polsce kuleją od lat, to tania siła robocza (która zresztą tanią przestaje być) czy automatyzacja już nie wystarczą. Potrzebujemy taniej, stabilnej energii. I to na już – wskazuje w rozmowie z Biznes Enter.
Koszty energii 20 lat temu nie przekraczały 3-4 proc., a teraz w moim biznesie kauczukowym wzrosły do 23 proc. […] Za 6 lat Polskę może czekać katastrofa, gdyż właśnie wtedy ubędzie nam 2 GW stabilnej mocy w podstawie, w tzw. baseloadzie.
Michał Sołowow, cytowany przez Biznes Enter
„Baseload” to podstawowa energia wykorzystywana przez wszystkie podmioty w gospodarce. Musi nieustannie płynąć przez nasze systemy przesyłowe. A co oznacza ubytek rzędu 2 GW?
Żeby to zobrazować: tyle prądu w szczycie zimy zużywają Warszawa i Kraków razem wzięte. Jest wyrwa rzędu 7 proc. w całej dostępnej mocy w Polsce. A za kolejne 3 lata urośnie do poziomu 10 GW.

OZE nas nie uratuje
Miliarder nie pozostawia też wątpliwości – Odnawialne Źródła Energii nie będą remedium na ten problem. – OZE nie jest żadnym rozwiązaniem. OZE jest złe jako profesjonalna energetyka – twierdzi.
I to nawet nie chodzi o to, że w Polsce największy nacisk jest na fotowoltaikę, przez co pojawiają ujemne ceny energii. Energochłonne sektory gospodarki, takie jak przemysł, potrzebują gwarancji stałego i nieprzerwanego przesyłu prądu. A OZE, uzależnione od warunków atmosferycznych, nie jest w stanie go zagwarantować.
Aby zatem rekompensować dni, w których turbiny i panele nie produkują energii, państwo musi utrzymywać, opłacać i włączać jednostki konwencjonalne, czyli zasilane węglem czy gazem.

OZE zatem przydaje się jako fundament energetyki rozproszonej. Ale już jako główne źródło zasilania – zdaniem Sołowowa – nie zdaje egzaminu. Poza tym tego typu energetyką jest jeszcze jeden kłopot.
– Obecnie 50 proc. komponentów do wiatraków to Chiny. W przypadku fotowoltaiki udział Chin wynosi 80 proc. i nie ma dla tego alternatywy. Magazyny energii to chińska dominacja rzędu 90 proc. Technologię z Państwa Środka znajdziemy nawet w amerykańskich Teslach. Jak kupimy dzisiaj te magazyny […] to za 10 lat kupimy je ponownie. Bo nie będzie żadnych innych dostawców – punktuje miliarder.
Zdjęcie otwierające: Soonthorn / Adobe Stock
